Toyota uważa, że ma za dużo modeli. Paradoks? Niezupełnie

Zdjęcie ilustracyjne
Toyota
Źródło zdj. gł.: pexels.com
Nowy prezes Toyoty, Kenta Kon, twierdzi, że gama koncernu jest przesadnie rozdęta i generuje zbędne koszty. Brzmi to dziwnie w ustach szefa firmy, która właśnie zaliczyła rekordowy rok sprzedaży i szósty rok z rzędu pozostaje liderem rynku – ale w rachunku biznesowym sama wielkość sprzedaży nie jest celem samym w sobie.

Rekordowy rok, ale to nie jedyna miara sukcesu

W 2025 roku Toyota wraz z Lexusem dostarczyła klientom ponad 10,5 mln samochodów – wzrost o 3,7 proc. rok do roku. Dla większości firm to powód do zadowolenia bez żadnych „ale". Kenta Kon, który objął stery koncernu w kwietniu 2026 roku, patrzy na to inaczej. Jego zdaniem firma może zarobić więcej, sprzedając mniej aut, jeśli ograniczy koszty i poprawi rentowność poszczególnych projektów. To kluczowa różnica między „byciem największym" a „byciem najbardziej zyskownym" – i Toyota najwyraźniej chce postawić na drugie.

Problem nie w liczbie modeli, a w liczbie wariantów

Po wizytach w ośrodkach badawczo-rozwojowych Kon zauważył, że zespoły inżynierskie są rozproszone po zbyt wielu specyfikacjach i odmianach. Jak ujął to sam prezes: 

„Jeśli odwiedzisz dział rozwoju, zobaczysz problemy w postaci rosnącej liczby różnych specyfikacji i wariantów, co z kolei napędza koszty. Jeśli w tych działaniach są obszary, które nie tworzą realnej wartości, lub gdzie praca nie jest wykonywana efektywnie, musimy się temu bliżej przyjrzeć".
Kenta Kon
prezes Toyoty

To nie chodzi więc o redukcję samych modeli, lecz o setki lokalnych konfiguracji i wersji wyposażenia tworzonych na różne rynki świata – dla klienta często niewidoczne, dla inżynierów oznaczające kolejne testy, homologacje i procesy produkcyjne. 

Pierwsza ofiara już jest, ale nie każdy niszowy model zniknie

Najpierw padł elektryczny sedan Lexusa, opracowywany na bazie konceptu LF-ZC. Projekt anulowano, uznając, że zmienna sytuacja rynkowa i koszty rozwoju nie gwarantują zwrotu z inwestycji. To pokazuje, że nawet strategiczne segmenty nie są dziś święte. Z drugiej strony Toyota nie zamierza masowo wycinać niszowych modeli – sztandarowym przykładem pozostaje Land Cruiser 70, samochód zaprojektowany w 1984 roku, wciąż sprzedawany w Japonii i Australii. Dla koncernu to dowód, że nawet bardzo wyspecjalizowane auto może być rentowne, jeśli trafia w konkretną potrzebę rynku. 

Wielotorowość zostaje, hybrydy w centrum uwagi

Kon zapowiada, że Toyota nie zmieni strategii w kwestii oferowania wielu typów napędu – benzyna, hybrydy, plug-in hybrid, diesel i elektryki mają pozostać w gamie równolegle. Priorytetem nowego prezesa jest zwiększenie zdolności produkcyjnych hybryd, na które popyt w wielu regionach świata wciąż rośnie. To kontynuacja linii reprezentowanej przez Akio Toyodę, przewodniczącego rady nadzorczej, który w 2025 roku przewidywał, że elektryki nie przekroczą 30 proc. globalnego rynku – choć sam dziś przyznaje, że branża zmierza w stronę EV szybciej, niż się spodziewał. 

Największy wolumen to nie cel sam w sobie

Paradoks z tytułu rozwiązuje się, gdy spojrzeć na to z perspektywy marży, nie wolumenu. Bycie liderem sprzedaży od sześciu lat z rzędu nie chroni przed pytaniem, czy każdy z tysięcy wariantów faktycznie się opłaca. Toyota, w przeciwieństwie do rywali stawiających wszystko na elektryki, patrzy w dłuższej perspektywie – i najwyraźniej uznała, że uproszczenie portfolio jest tańszym sposobem na zwiększenie zysków niż dalsze rozpychanie się objętością.

Zobacz także:

Autorka/Autor: MM